Miesięcznik Dzikie Życie

6/336 2022 Czerwiec 2022

Ćwierć wieku budowania społeczeństwa obywatelskiego w ramach „Wspólnej Ziemi”. Rozmowa z Radosławem Sawickim

Wywiad Grzegorza Bożka

Rozmawiamy z okazji 25-lecia Stowarzyszenia Ekologiczno-Kulturalnego „Wspólna Ziemia”. Jak postrzegasz ćwierćwiecze organizacji, której jesteś założycielem i wieloletnim prezesem?

Radosław Sawicki: Z jednej strony doceniam sprawczość naszej organizacji w skali mikro, czyli wpływ jaki wywarliśmy na poszczególne osoby oraz społeczność lokalną. Z drugiej strony mam świadomość bycia li tylko okruszkiem w historii społeczeństwa obywatelskiego.

Obrazek

Radosław Sawicki, Modziel – ścięta topola, 2021

Uważam, że takie małe organizacje lokalne jak „Wspólna Ziemia”, które nigdy nie realizowały wielkich projektów i nie zatrudniały pracowników na etatach, mają ważne zadanie w budowaniu tkanki społecznej i społeczeństwa obywatelskiego.

Od ponad 25 lat jesteśmy częścią ruchu ekologicznego, a ten żyje siłą synergii. Razem z innymi podmiotami o podobnych celach kreujemy rzeczywistość. Po latach wciąż uważam, że angażowanie się ma sens.

Jako stowarzyszenie wyrośliśmy z Frontu Wyzwolenia Zwierząt, ruchu obrońców praw zwierząt, który działał w Polsce od 1988 r. W Chojnicach dołączyliśmy do niego w 1993 r. Podczas pierwszego i zarazem ostatniego ogólnopolskiego zjazdu FWZ, który w 1996 r. organizowałem w Funce (Bory Tucholskie), nastąpił przełom. Pojawiło się kilka pomysłów na model działania FWZ. Część działaczy chciała, aby zarejestrować ogólnopolską organizację, część opowiadała się za pozostaniem nieformalnym ruchem i siecią lokalnych grup, a część uważała, że lokalne grupy powinny rejestrować własne organizacje. Przeważyła trzecia opcja. Z lokalnych grup, których w całej Polsce było około 30, powstało kilka stowarzyszeń. Wśród nich m.in. założone przez nas Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturalne „Wspólna Ziemia”, Krąg Przyjaciół Ziemi w Płocku, Stowarzyszenie „Zielona Tarcza” z Kluczborka i wiele innych. Podobną ewolucję przeszła Federacja Zielonych; część grup założyła lokalne stowarzyszenia. Co najmniej jedno z takich stowarzyszeń – Federacja Zielonych „Gaja” – działa do dzisiaj.

Obrazek

Akcja protestacyjna przeciwko budowie spalarni odpadów medycznych w Chojnicach. Marzec 2000. Fot. Archiwum „Wspólnej Ziemi”

Nasze organizacje wyrosły w dużej mierze z subkultury, tworzyły ruchy kontrkulturowe, kreowały kulturę alternatywną. Tak było u nas w Chojnicach. To młodzieńcza kontestacja była naszym paliwem.

Nie do przecenienia jest oddziaływanie na młodych ludzi. Sami zaczynaliśmy mając niewiele lat, inspirowaliśmy się ideałami zasysanymi z Polski, Europy i świata, kolportowaliśmy niszową prasę np. „Zielone Brygady”, „Dzikie Życie”. Działo się to w czasach przedinternetowych, dlatego wtedy fanziny czy kasety magnetofonowe krążyły z rąk do rąk na równi z gazetami. Organizowaliśmy w Chojnicach koncerty, doradzaliśmy chłopakom jak w czasach przymusowego poboru nie iść do wojska.

Przez jakiś czas wydawaliśmy periodyk „Zielony Goniec”, w którym popularyzowaliśmy idee ekologii, antyrasizmu, anarchizmu itd.

Obrazek

Pikiety pod Ambasadą RP w Dublinie w sprawie ochrony Doliny Rospudy. Fot. Archiwum Radosława Sawickiego

Kto ci pomagał w pracach stowarzyszenia?

We „Wspólnej Ziemi” przez lata była spora rotacja. Na początku jednym z najbardziej aktywnych działaczy był Andrzej Matyka, ważną osobą był też Marcin Czarnowski, z którym zdarzało mi się przyjeżdżać do Doliny Wapienicy do dawnej stacji Pracowni na rzecz Wszystkich Istot czy do ośrodka „Bajka” prowadzonego przez „Klub Gaja”. Wieloletnim wiceprezesem był Rafał Chmara, dzisiaj pracownik Uniwersytetu Gdańskiego, zajmujący się jeziorami – jest limnologiem. Niektórzy z członków i aktywistów już nie żyją. Zaledwie kilka tygodni temu odbył się pogrzeb koleżanki, która była jedną z założycielek „Wspólnej Ziemi”.

Obrazek

„Wspólna Ziemia” jest tak stara, że posiada własną papierową kronikę. Fotografia przedstawia jej tytułową stronę

Współcześnie „Wspólną Ziemię” tworzą poza mną zupełnie nowi ludzie, niezwiązani już z Chojnicami. No i obecnie organizacja zdominowana jest przez kobiety. Obecnie mamy dwie wiceprezeski: Łucję Kamińską i Joannę Armatowską.

Jaka była intensywność działania organizacji?

Fluktuacyjna. Reagowaliśmy na bieżąco na różne bodźce. W związku z tym, że to ja jestem liderem „Wspólnej Ziemi”, cała aktywność organizacji była mocno związana z moimi losami. Gdy mieszkałem w Warszawie „Wspólna Ziemia” działała w Warszawie np. przy organizacji wystawy „Ziemia z nieba”, gdy żyłem w Irlandii „Wspólna Ziemia” była zawieszona przez 4 lata (choć formalnie istniała i zachowała ciągłość).

Działaliśmy spontanicznie i impulsywnie, kiedy był jakiś temat i wola działania, wtedy uaktywnialiśmy się.

Działalność w FWZ zaczynałem mając 16 lat, zakładając stowarzyszenie miałem 19 lat. Byłem młody, wiele rzeczy przyjmowałem bezkrytycznie. Po latach z niektórymi rzeczami już się nie utożsamiam, część bagażu ideologicznego odrzuciłem lub przewartościowałem. Z wiekiem coraz bardziej zacząłem też cenić działania eksperckie, które uważam za najbardziej sprawcze. Są one mocno osadzone w realiach, prowadzą do realnej zmiany. Choć nadal ruchy społeczne uważam za bardzo ważny element społeczeństwa obywatelskiego.

Obrazek

„Zielony Goniec” – czasopismo wydawane przez „Wspólną Ziemię”

Co było przyczyną powołania organizacji?

Sformalizowanie działalności dawało pewne korzyści, np. możliwość aplikowania o granty czy możliwość udziału w postępowaniach administracyjnych. Założyliśmy stowarzyszenie bo to jest lepsze i skuteczniejsze narzędzie niż ruch nieformalny.

W połowie lat 90. uczestniczyłem w warsztatach organizowanych przez „Klub Gaja”, organizację, która wtedy miała swoje lata świetności. Warsztaty „Droga Wojownika Gai” prowadzili Jacek Bożek i Wojciech Owczarz. To było ważne doświadczenie. Mocno motywujące, ale też dostarczające konkretną wiedzę i narzędzia przydatne w działalności społecznej. Zapewne udział w nich miał wpływ na to, że założenie stowarzyszenia było w pełni świadomym ruchem. Stało się nawet tak, że nie poszedłem na studia dzienne, ale zaoczne, aby móc zostać w Chojnicach i poświecić się nowo powołanemu stowarzyszeniu.

Jakie działania prowadziliście przed założeniem stowarzyszeniem?

Jako chojnicka grupa FWZ organizowaliśmy pikiety cyrków z tresurą dzikich zwierząt, manifestacje antyfutrzarskie, organizowaliśmy konkursy dla dzieci, promowaliśmy wegetarianizm, angażowaliśmy się też kampanie „Klubu Gaja”: „Teraz Wisła” czy „Zwierzę nie jest rzeczą”, ale również i w działania Pracowni na rzecz Wszystkich Istot dla ochrony wilków czy Tatr.

Lata 90. to specyficzny czas, ruch ekologiczny po latach 2000. mocno się zmienił. Czy społeczeństwo obywatelskie można było inaczej zbudować?

Byliśmy młodzi, naszą siłą były bunt i spontaniczność. Wtedy jakąś ważną sprawę można było wygrać robiąc porządną manifestację. To był jeszcze ten czas gdy politycy na fali ruchu „Solidarności” byli wrażliwi społecznie. Prawną ochronę wilków udało się wywalczyć organizując w Krośnie manifestację na kilkaset osób – dzisiaj manifestacje i marsze na kilkaset tysięcy osób nie przynoszą pożądanych efektów czego przykładem jest chociażby Strajk Kobiet. Współcześnie trzeba używać innych narzędzi. Ważny jest lobbing, działania prawne, wpływ na europarlamentarzystów czy nawet wchodzenie w posiadanie akcji spółek węglowych aby móc zabrać głos na spotkaniach akcjonariuszy. To zupełnie inna rzeczywistość niż w latach 90.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

W lipcu 1997 r. „Wspólna Ziemia” zorganizowała w Chojnicach spotkanie dla mieszkańców pod nazwą „Czwartek z ekologią głęboką”. Wzięli w nim udział zaproszeni działacze Pracowni na rzecz Wszystkich Istot: Janusz Korbel i Marta Lelek. Po oficjalnej części odbyło się robocze spotkanie działaczy ruchu ekologicznego z północnej Polski. Archiwum „Wspólnej Ziemi”

Pamiętam, że po 2000 r. w ruchu ekologicznym dość mocno dyskutowano i krytykowano plany wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Niektóre osoby i organizacje wskazywały, że wejście do UE zniszczy polskie rolnictwo i zdrową żywność. Wtedy byłem eurosceptykiem, jednak po latach zdecydowanie doceniam członkostwo Polski w Unii. Korzyści są ewidentne również w sprawach dotyczących ochrony przyrody, co było widać choćby w sporze dotyczącym Puszczy Białowieskiej. Moim zdaniem model ochrony przyrody w Unii Europejskiej jest jednym z lepszych na świecie.

Czym zajmowaliście się na lokalnym podwórku w Chojnicach?

Spora część naszych działań dotyczyła ochrony przyrody. Zarówno lokalnej, jak i w szerszym kontekście. Ale podejmowaliśmy też wiele innych tematów, którymi dziś zajmują się tzw. ruchy miejskie. Przez jakiś czas mocno boksowaliśmy się z władzami Chojnic, krytykując różne ich nietransparentne lub szkodliwe działania. Nie sposób wymienić wszystkiego, w co przez lata się angażowaliśmy. Jeszcze w starym tysiącleciu w ramach sieci Pacyfistycznej Komendy Uzupełnień udzielaliśmy porad jak uniknąć poboru do wojska. Podczas jednej z ulicznych akcji „Wspólnej Ziemi” na chojnickim Starym Rynku spaliłem swoją książeczkę wojskową w ramach protestu. Uczestniczyliśmy też w zainicjowanej przez Pracownię sieci „Dzika Polska”. Przez jakiś czas regularnie co tydzień graliśmy w piłkę. Prowadziliśmy edukację ekologiczną i przyrodniczą współpracując z Harcerskim Centrum Edukacji Ekologicznej w Funce oraz z wieloma szkołami. Zorganizowaliśmy w Chojnicach kilkadziesiąt koncertów.

Ponad dekadę temu wspieraliśmy organizację obozu przeciwników budowy elektrowni jądrowej nad morzem, koordynowaliśmy także na Polskę projekt polegający na organizowaniu w różnych miastach spotkań z likwidatorami skutków awarii w Czarnobylu. Ten projekt realizowaliśmy wspólnie z niemiecką organizacją IBB (Internationales Bildungs und Begegnungswerk).

„Wspólna Ziemia” była również stroną w postępowaniu administracyjnym w sprawie budowy Elektrowni Północ oraz była i jest stroną w wielu innych postępowaniach.

W Chojnicach mocno angażowaliśmy się w społeczny ruch przeciwko prywatyzacji przedszkoli. Wydaliśmy też w formie papierowej i elektronicznej wspomnienia mieszkańca podchojnickiej wsi z czasów II wojny światowej. Wydaliśmy zresztą więcej książek, ale już nie dotyczących historii lokalnej.

Występowaliśmy też jako grupa podczas festiwalu teatrów ulicznych w Chojnicach z happeningiem „Pocałuj rasizm na do widzenia”.

Jesteś związany z Muzeum Mitologii Słowiańskiej. Skąd wziął się pomysł na jego stworzenie?

W 2010 r. uczestniczyłem w bardzo fajnym półrocznym szkoleniu „Tworzenie regionalnych produktów turystycznych na obszarach wiejskich Pomorza”. Po jego zakończeniu szukałem pomysłu na produkt turystyczny, który będzie czymś nowym, niebanalnym i może odnieść sukces. Wymyśliłem, że warto zająć się mitologią słowiańską, tematem, który był praktycznie niezagospodarowany, a który posiada wielki potencjał. Po roku poszukiwań odpowiedniego miejsca trafiłem do Grodziska Owidz na Kociewiu. Dyrekcja tej placówki zaakceptowała mój pomysł. Zostałem zatrudniony, a po upływie kilku miesięcy muzeum rozpoczęło działalność. W czerwcu tego roku mija 5 lat od jego powstania. „Wspólna Ziemia” jest podmiotem współprowadzącym Muzeum Mitologii Słowiańskiej. To dobry przykład jak jednostka samorządowa może współpracować z organizacją pozarządową. Pod szyldem muzeum wydaliśmy dwie książki naukowe o tematyce dotyczącej mitologii słowiańskiej. O jednej z nich mówiłem na łamach „Dzikiego Życia w zeszłym roku (w wywiadzie „Raz, dwa, trzy. Baba Jaga patrzy”).

Obrazek

Szkolenie w biurze organizacji „Greenworks” w Nowym Sączu. Od lewej Szczepan, Radek i Marcin z „Wspólnej Ziemi” oraz Grzegorz Tabasz, szef nowosądeckiej organizacji. Fot. Archiwum „Wspólnej Ziemi”

Przez kilka lat byłeś na emigracji zarobkowej w Irlandii. Czy tam też byłeś zaangażowany w jakieś działania ekologiczne i społeczne?

Mieszkałem w Dublinie z grupą przyjaciół z ruchu ekologicznego z Polski. Wspólnie zainicjowaliśmy powołanie Fundacji „Dzika Polska”, która działa do dzisiaj. Zamysł był taki, aby w Irlandii pozyskiwać pieniądze i przekazywać je organizacjom w Polsce, co udało nam się przez jakiś czas realizować. Na miejscu wspieraliśmy też działania w sprawach polskich – w temacie ochrony Doliny Rospudy zorganizowaliśmy pikietę pod polską ambasadą gdy ówczesny prezydent Polski Lech Kaczyński gościł w Dublinie. Nasza akcja odbiła się echem w irlandzkich mediach. Przekazywaliśmy też wsparcie finansowe dla działań bezpośrednich nad Rospudą. Jako Fundacja „Dzika Polska” jeździliśmy po Europie i Polsce z wystawą wielkoformatowych fotografii przyrodniczych Artura Tabora, zatytułowaną „Wild Poland. Natural heritage of Europe” (w Polsce jej tytuł brzmiał „Zwierzpospolita Polska”).

W Irlandii byłem związany też z ruchem pracowniczym i związkowym. Współorganizowałem protesty w magazynie TESCO i firmie Musgrave, w których pracowałem i gdzie łamano prawa pracownicze. Przez strajki, które inicjowałem, dwa razy straciłem pracę, ale było to cenne doświadczenie.

W 2009 r. wróciłem do Polski, po pewnym czasie zrezygnowałem z bycia w zarządzie Fundacji „Dzika Polska”. Ogarnianie dwóch organizacji to jednak zbyt wiele.

Jak przez te wszystkie lata w Polsce zmienił się ruch ekologiczny?

Jak wszystko, ewoluował. Kiedyś byliśmy młodzi i ruch był także młody. Po upadku komuny ruchy obywatelskie przecierały zupełnie nowe szlaki, wszystko było nowe. Ruch ekologiczny z lat 90. posiadał charyzmatycznych liderów, działania mocno podbudowane były ideami, które dla wielu ludzi stały się inspiracją na całe życie. Dla mnie ważny był i wciąż jest nurt głębokiej ekologii, zaszczepiony w Polsce przez Janusza Korbela. Do dzisiaj filozofia głębokiej ekologii ma dla mnie ogromne znaczenie.

Przez kolejne lata ruch ekologiczny się profesjonalizował, dostosowywał się też do nowych realiów politycznych. Powstały nowe organizacje eksperckie lub dawne zmieniały swój profil działania.

Z jakimi problemami zderzają się takie niewielkie organizacje jak „Wspólna Ziemia”?

Moim zdaniem głównym problemem są zasoby ludzkie. Bez ideowych, zaangażowanych ludzi żaden budżet, nawet największy, nie spowoduje, że działania organizacji będą odpowiedzią na realne problemy. Można przerabiać dużą kasę z grantów i pozorować działania czyniące świat lepszym. Ale to nie ma sensu. W organizacjach, które chcą naprawdę rozwiązywać problemy, niezbędni są odważni i mądrzy ludzie. Którzy nie boją się głosić niepopularnych prawd i narażać biznesowi i władzy. I z tym jest problem. Z drugiej strony jeśli zbierze się kilka osób z duszą wojownika, to można bardzo dużo osiągnąć, wprowadzać realną zmianę społeczną.

Obrazek

Akcja uliczna „Pocałuj rasizm na do widzenia”, Chojnice, lipiec 1998 r. Fot. Archiwum „Wspólnej Ziemi”

Czy nie masz poczucia że jesteście wśród tych nielicznych organizacji z lat 90., które pozostały na placu boju? Czy nie jest to pewnego rodzaju porażka że tak niewiele z nich pozostało?

Nie postrzegam tego jako porażki. Rotacja to coś normalnego. Jedni odchodzą, inni przychodzą. Część ludzi z dawnego ruchu eko robi dziś inne pożyteczne rzeczy, część poszła w działania, które nie są mi bliskie, jak np. obecny minister Piotr Gliński, autor monografii „Polscy Zieloni”. Kiedyś bywał na Ogólnopolskich Spotkaniach Ruchu Ekologicznego w Kolumnie. Graliśmy nawet razem w piłkę nożną. Innym przykładem smutnego przeobrażenia jest Liga Ochrony Przyrody, organizacja o ponad 100-letniej historii. Dziś LOP jest przykładem organizacji, która niweczy swoją markę, realizując paskudne działania greenwashingowe.

Ale do ruchu ekologicznego przychodzą nowi ludzie, pojawiają się nowe inicjatywy będące odpowiedzią na nowe problemy. Teraz topowym tematem jest kryzys klimatyczny. Sądzę, że kolejne doświadczenia realności zmian klimatu będą wzmacniać ruch klimatyczny. Od 2016 r „Wspólna Ziemia” też jest zaangażowana w ten ruch, jesteśmy członkiem Koalicji Klimatycznej.

Jaka przyszłość przed „Wspólną Ziemią?

Mamy takie marzenie aby mieć własny ośrodek w Borach Tucholskich. I prowadzić w nim biznes, który będzie łączył odpowiedzialną turystykę z produkcją zdrowej żywności. Chcielibyśmy w ten sposób zarabiać na statutową działalność i jednocześnie realizować ideał życia w zgodzie z przyrodą.

Dziękuję za rozmowę.

Radosław Sawicki – rocznik 1977 r., od 25 lat związany ze Stowarzyszeniem Ekologiczno-Kulturalnym „Wspólna Ziemia”, którego jest prezesem. Jest również wieloletnim członkiem Pracowni na rzecz Wszystkich Istot oraz Ogólnopolskiego Związku Zawodowego „Inicjatywa Pracownicza”. Inspiruje się anarchizmem i ekologią głęboką. Ratunek dla pogrążonego w kryzysach świata widzi w umasowieniu progresywnych ruchów społecznych. Autor książki „Śmierć Katarzyna i inne opowiadania”.