Ministerstwo Przyszłości potrzebne natychmiast. Czy przyszłe pokolenia mają prawo głosu?
Literatura science-fiction może być świetnym źródłem inspiracji dotyczących przyszłości, społecznych i technologicznych trendów oraz zagrożeń. Ciekawym podgatunkiem jest cli-fi, czyli klimatyczna fikcja, która osadza fabuły science fiction w tematyce ekologicznej – zmian klimatu, ochrony przyrody, konsekwencji dewastacji planety. Jednym z najbardziej znaczących dzieł w tym nurcie jest powieść z 2020 r. „Ministerstwo Przyszłości” („The Ministry for the Future”) autorstwa Kima Stanleya Robinsona.
Książka rozpoczyna się dramatycznym opisem śmiertelnej fali upałów w Indiach, która pochłania miliony ludzkich istnień. Ta wstrząsająca scena pozostaje w pamięci na długo, a każda kolejna wiadomość o fali upałów w Azji czy Australii przypomina o przerażającej realności takiego scenariusza. Katastrofa ta staje się impulsem do powstania specjalnej, międzynarodowej instytucji pod egidą ONZ – Ministerstwa Przyszłości, którego misją jest ochrona świata przed samozagładą. Pracownicy tej instytucji muszą balansować na granicy polityki, nauki, etyki i ekonomii.
W książce opisano różne ciekawe inicjatywy, których podejmuje się społeczność międzynarodowa, dzięki inspirującemu przywództwu Ministerstwa Przyszłości, np. Carbon Coin (waluta emitowana przez banki centralne jako zachęta do wychwytywania CO2), nowe modele gospodarki opartej na inwestycjach w środowisko naturalne, technologiczne innowacje przywracające pokrywę lodową itd. Robinson pokazuje, że walka o przyszłość to nie tylko negocjacje klimatyczne, ale także rewolucyjne zmiany systemów finansowych, redefinicja własności i globalna solidarność. Powieść ta porusza nie tylko skalą wyobraźni, ale także głębokim humanizmem. Przyszłość nie jest czymś abstrakcyjnym – to konkretne osoby: nasze dzieci, wnuki, którzy odziedziczą skutki naszych dzisiejszych decyzji.
Przede wszystkim jednak książka ta jest nadzieją. Pokazuje nową perspektywę tworzenia polityki, dopuszczającej do realnego, a nie tylko symbolicznego głosu przyszłe pokolenia, które mają prawo być na nas wściekłe i żądać bardziej radykalnych działań w interesie ich zdrowia czy wręcz przetrwania. To co dla nas, w obecnych czasach, jest niedogodnością i obniżeniem standardu życia, np. zmniejszenie nadmiernej konsumpcji, dla przyszłych ludzi może być kwestią być albo nie być.
Czy poprzednie pokolenia zadbały o nas?
Patrząc na dzisiejszy świat, na stan przyrody, zasobów odnawialnych, jakości powietrza czy wody, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że również zostaliśmy pozostawieni sami sobie przez przeszłość. W Polsce, mimo że wiele osób uważa, iż żyjemy w lepszych czasach niż w XX wieku, z perspektywy klimatycznej i energetycznej, dzisiejszy 15-latek ma prawo czuć się zawiedziony decyzjami poprzednich pokoleń. Czy naprawdę najlepszym wykorzystaniem unijnych funduszy było asfaltowanie dróg i wycinanie drzew pod budowę miejskich rynków? Tych samych rynków, na których z powodu narastających upałów i braku cienia, nie da się czasem wytrzymać latem? Dzisiaj płacimy za te decyzje coraz wyższą cenę: susze, migracje klimatyczne, niski poziom wód gruntowych i zagrożenie blackoutami z powodu przestarzałej infrastruktury energetycznej. Płacimy w coraz wyższych rachunkach za prąd czy w niewyobrażalnych kosztach coraz częstszych nawałnic i powodzi.
Kilkadziesiąt lat krótkowzroczności
Współczesna historia Polski pełna jest przykładów krótkowzroczności w zarządzaniu zasobami naturalnymi oraz energetyką. W czasach PRL-u industrializacja odbywała się często kosztem środowiska, co miało tragiczne konsekwencje dla zdrowia publicznego (przykładem jest chociażby obsesja regulacji rzek). Po 1989 r., mimo pojawienia się pierwszych ustaw ochronnych, priorytetem była agresywna liberalizacja gospodarki i wzrost PKB, co skutkowało chaotycznym rozwojem miast i ignorowaniem polityki klimatycznej. W ostatnich dwudziestu latach również zabrakło odwagi politycznej do podejmowania długoterminowych decyzji na rzecz środowiska.
Na domiar złego w ostatnich latach do Polski przyszła „zaraza” z USA: ideologizacja spraw klimatycznych w wojnie kulturowej prowadzonej przez światową prawicę. Jest w tym jakaś bolesna ironia, że partie, które najgłośniej krzyczą o wartościach patriotyzmu, bezpieczeństwa i rodziny, swoimi działaniami najbardziej te wartości niszczą, radykalnie obniżając przyszłym pokoleniom szansę na życie na takim poziomie, jaki sami mają dzisiaj. To jednak również wielka niewykorzystana szansa w komunikacji politycznej. Obecna narracja zdominowana przez biurokratycznym żargon z Brukseli, dodatkowo podlewany dezinformacją, nie ma emocjonalnej mocy porwania za sobą ludzi. Tymczasem bezpieczeństwo energetyczne, duma z narodowych skarbów przyrody czy aspiracje w wyścigu światowym nowych technologii net-zero (który na własne życzenie przegrywamy, nawet gdy Polka wymyśla przełomową technologię mogącą zrewolucjonizować fotowoltaikę, o czym pisał ostatnio Jakub Wiech1) mogłyby być fantastyczną narracją dla odważnej partii politycznej, która podjęłaby się zadania odświeżenia polskiego religijno-narodowo-wyzwoleńczego patriotyzmu. Czy może istnieć bardziej fundamentalny przejaw patriotyzmu niż troska o przyszłość własnych dzieci i wnuków? Odwaga, by chronić to, co naprawdę ważne – klimat, zasoby naturalne, zdrowie publiczne – mogłaby stać się elementem narracji polityki narodowej, a nie tylko niszowym postulatem aktywistów.
Innowacyjne podejścia do reprezentacji przyszłych pokoleń
Tymczasem bardzo potrzeba systemowych rozwiązań, które dadzą przyszłym pokoleniom głos oraz, przede wszystkim, moc prawną. Tym bardziej, że kadencyjność Sejmu oraz urzędu Prezydenta oraz częste zmiany władzy pomiędzy partiami, nie sprzyjają długofalowemu myśleniu elit politycznych. Pomysł zaproszenia przyszłych pokoleń do procesu decyzyjnego pojawia się od jakiegoś czasu w różnych krajach. W Japonii powstała koncepcja Future Design, w której połowa mieszkańców zaproszonych na lokalne konsultacje społeczne, zakłada ceremonialne stroje i odgrywa spontanicznie role mieszkańców tego samego miejsca, ale z przyszłości. Autor inicjatywy, Tatsuyoshi Saijo, tłumaczy wzruszająco, że po prostu chciałby być „dobrym przodkiem”.
Walia ma Komisarza ds. Przyszłych Pokoleń2, a Szkocja National Performance Framework, zbiór wytycznych traktujących dobrostan przyszłych pokoleń jako cel strategiczny państwa, służący w ostatnich latach do wpływania na tworzenie zrównoważonych regulacji (obecnie trwają prace nad nowelizacją tego instrumentu). Nie są to najmocniejsze narzędzia prawne, ale na pewno krok w dobrym kierunku.
Stwórzmy w Polsce Ministerstwo Przyszłości!
Zmiany klimatyczne, transformacja energetyczna to wyzwania, które wymagają myślenia nie tylko o „tu i teraz”, w zasadzie każda polityczna decyzja dotycząca np. infrastruktury, energetyki czy szkolnictwa to de facto interwencja w przyszłość, której skutki (lub korzyści!) będą najbardziej odczuwalne nie dla nas, ale dla tych, którzy dziś jeszcze nie mają prawa głosu.
Idea Ministerstwa Przyszłości może wydawać się radykalna, ale można spróbować też innych rozwiązań. W Polsce należałoby przede wszystkim poważnie podejść do konsultacji społecznych, podczas których jednym z etapów jest na początku każdego projektu tzw. mapowanie interesariuszy – czy nie można by spróbować włączać umownych przedstawicieli przyszłych pokoleń do grup, z którymi należy przeprowadzać konsultacje? Można by również powołać odpowiednik walijskiego komisarza ds. przyszłych pokoleń, który przynajmniej opiniuje akty prawne. Takie rozwiązania wymagają odwagi politycznej – występują w imieniu tych, którzy nie mogą jeszcze głosować.
Można by zacząć od eksperymentów lokalnych – na przykład wprowadzenia obowiązku konsultacji z „radą przyszłości” w miastach czy organizowania paneli obywatelskich, w których część uczestników wciela się w mieszkańców roku 2050 (na wzór japońskiego modelu Future Design). Dobrym kierunkiem mogłoby być także wdrożenie „oceny pokoleniowej” przy każdej większej inwestycji infrastrukturalnej – analogicznie np. do obecnych raportów oddziaływania na środowisko.
Kluczowe jednak byłoby, aby takie mechanizmy nie zostały zideologizowane przez środowiska polityczne lub sprowadzone do roli jedynie symbolicznej czy PR-owej. Ich skuteczność zależy od realnego wpływu na procesy decyzyjne, transparentności i zakorzenienia w społecznej legitymacji. Co równie istotne – taka instytucja lub narzędzie powinno działać w obszarze konkretnych polityk mających rzeczywisty wpływ na przyszłe pokolenia, takich jak planowanie przestrzenne, infrastruktura czy transformacja energetyczna. Aby miał szansę mieć wpływ na decyzje polityczne, projekt tego typu wymagałby zarówno społecznego poparcia i prawdziwego przekonania o jego zasadności.
Czy mamy szansę na Ministerstwo Przyszłości? To wymagałoby odwagi, wizji i zupełnie nowego podejścia do komunikowania zmian klimatycznych. Jak pisze w swojej książce Kim Stanley Robinson: „Oczywiście, zawsze istnieje opór, zawsze coś hamuje ruch w kierunku lepszych rzeczy. Martwa ręka przeszłości trzyma nas poprzez żywych ludzi, którzy zbyt się boją, by zaakceptować zmiany”. Fikcyjne Ministerstwo Przyszłości w książce Robinsona, wydanej pięć lat temu, zostaje powołane właśnie 2025 r.! (niedługo po tym, jak sygnatariusze porozumienia paryskiego uświadamiają sobie, że nie uda im się utrzymać ocieplenia planety w granicach wyznaczonego celu 1,5 °C). Brzmi znajomo, więc pozostaje mieć nadzieję, że czekają nas równie radykalne pomysły na to, co dalej.
Olga Mullay
Olga Mullay – warszawianka mieszkająca na stałe na zielonych przedmieściach w Szkocji. Pracuje w biurze Rady Ministrów Wielkiej Brytanii, gdzie zajmuje się strategią, komunikacją i PR. Absolwentka nauk politycznych, interesuje się ekonomicznymi, społecznymi i politycznymi wyzwaniami związanymi z kryzysem klimatycznym.
Przypisy:
1. Jakub Wiech, Polskich perowskitów nie będzie? Technologia ugrzęzła w sporze prawnym, 04.06.2025, energetyka24.com/oze/analizy-i-komentarze/polskich-perowskitow-nie-bedzie-technologia-ugrzezla-w-sporze-prawnym.
2. futuregenerations.wales/
Nowe rezerwaty – wspieram
Październik 2025