Smoła, mirra, dziurawiec
Infracienkie
W Warszawie witają mnie „Ołowiane dzieci” na reklamowych billboardach. „Jak w domu” – myślę sobie, co rusz zerkając do społecznościowych dyskusji na temat sprawiedliwie, czy niesprawiedliwie przedstawianego Śląska. Łapię się na poczuciu szacunku, ale i jakiegoś dystansu wobec jego nietuzinkowości i złożoności. Znam ten region od dziecka i pozostaje dla mnie miejscem, które nie daje się zaszufladkować. W całym głęboko ludzkim doświadczeniu jest bardzo egzystencjalny. Żaden ze znanych mi jego stereotypów nie oddaje tego, czym Śląsk jest. Myślę o nim w Warszawie, podczas spaceru w towarzystwie azjatyckich kaczek, wiewiórek, kowalików i zachwyconych turystów odwiedzających skromną, ale skądinąd świetną wystawę o zachwytach nad Łazienkami1. Śląsk bardziej niż zachwyca – osadza się – dosłownie i metaforycznie – w głębokim zrozumieniu różnych odcieni szarości. Tak go czuję – w pozytywach i negatywach. Ten „podziemny korytarz łączący Wschód z Europą”, jak pisał o nim Henryk Waniek, kształtuje w rozpoznawaniu szorstkiej prawdy o może i piątej, a może po prostu niedookreślonej stronie świata. Henryk Waniek ujął to w topograficznym obrazie miasta: „[…] zarówno Wisła, jak i Odra omijają Katowice, leżące nad rozlewistą niegdyś Rawą, zasługującą dziś w najlepszym razie na tytuł rynsztoku. Heraklit, ów filozof rzek, nie wszedłby do niej nawet po raz pierwszy”2. Przykryta dziś betonem, ukołysana brzegami bulwarów Rawa rzeczywiście nie przypominała nigdy rzeki. Kilka pokoleń wychowało się w krajobrazie, który zamiast koić, wzmacniał – taki czy inny – eskapizm. „Katowice były latryną Europy przez dwie trzecie minionego stulecia” – pisał Waniek. Ta diagnoza brzmi gorzko, bo nie ma w sobie tego, cytując dalej Wańka, „ciepłego kłamstewka, które nosimy pod skórą, jak coś drogocennego? Jak serce”. Narracja ku chwale regionu zawsze była tu trochę wybiórcza, brakowało w niej wątków o „hutniko-krzokach” i „ptokach”, którzy przyjechali skądś, po coś, poświęcając tej ziemi życie, a nierzadko też zdrowie. Brakowało zaglądania w zaułki, poza wielką historię, w codzienność zanurzoną w politycznych realiach, w rozwój i rozłam Śląska.
Kto pamięta Katowice lat transformacji – z „narciarzami”, monarami, bezrobociem i pogubioną młodzieżą, ten wie, o czym mowa. To młode miasto scaliło jednak losy kilku pokoleń, które nie miały łatwej historii, ale pacierzami do świętej Barbary wymodlili sobie zmianę lęku przed „światłością wiekuistą” na dumne „Lux ex Silesia”. Dla jednych siłę tego miejsca wyraża dziś rzeźba „Byka” Olbińskiego3, dla mnie pamiętany z dzieciństwa zapach smoły, kościelnej mirry i parzonego przez babcię dziurawca. Trzydzieści kilometrów od Auschwitz w przekopanej tunelami ziemi z surrealistycznie zapadającymi się budynkami, stukotem kół pociągów towarowych, zabawami w wagonach z węglem i na nieużytkach, gdzie najmocniej pachniała rozcierana w palcach bylica, dzieciństwo bywało i sielskie, i harde. Dzisiejszy Śląsk staje się coraz bardziej zielony, symbiotyczny i różnorodny. Patrząc w Łazienkach Królewskich na warszawskie kaczki, sikorki i kowaliki, widzę ważną dla Śląska metaforę – adaptacji w miejscu, w którym zachwyty budują detale, nieważne, czy się jest stąd, czy nie stąd.
Dagmara Stanosz
Przypisy:
1. Wystawa czasowa „Łazienki w zachwycie”, Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie, styczeń-marzec 2026.
2. Henryk Waniek, Wędrowiec Śląski, Warszawa 2024, s.16.
3. Rzeźba „Byk” autorstwa Rafała Olbińskiego została postawiona z okazji 160-lecia Katowic na ulicy Dworcowej.
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Marzec 2026