Wyścig z czasem
W 2024 r. świat obiegła informacja o tym, że naukowcy ze Stanfordu w toku badań 108 osób w wieku między 25 a 75 rokiem życia odkryli, iż starzenie się człowieka nie przebiega w sposób liniowy, lecz skokowo. Według tych badań, nasze ogólnie pojęte zdrowie i kondycja ulegają drastycznemu zmniejszeniu wpierw w wieku 44 lat, a następnie, gdy przekroczymy 60. Jako że w 2025 dobiłem właśnie do 44 roku życia, dało mi to asumpt, by wziąć sprawy w swoje ręce i nogi, aby „dowieść”, że mój skok starzenia dopiero przede mną.
Po kilku dobrych latach, w których traktowałem bieganie bardziej turystycznie niż sportowo, postanowiłem, że akurat w 2025 r. przyłożę się do pracy. Motywacji nie brakowało. Na karku poczułem oddech naukowców ze Stanford. Podjąłem zatem wyzwanie i spróbowałem wrócić na nieco przykurzone tory.
W grę wchodziło złamanie magicznej bariery 3 godzin w biegu maratońskim, którą kilkukrotnie pokonywałem, ale będąc znacznie młodszym. Na osiągnięcie tego zaplanowałem dwa starty – wiosenny w kwietniu, do którego zacząłem przygotowania już jesienią 2024 r. oraz start jesienny w październiku wraz z poprzedzającym go przygotowaniem w sezonie letnim. Podstawą, z której rozpocząłem przygodę był wynik z wiosennego maratonu w niemieckim Freiburgu z roku 2024 – wtedy osiągnąłem czas w okolicach 3 godziny 10 minut. Czekało mnie zatem sporo pracy.
Wynik pierwszego maratonu nie napawał optymizmem. Po wielomiesięcznej pracy rezultat z tej samej trasy poprawiłem o zaledwie 3 minuty (3:06:59), ale z językiem w okolicy kolan. Nie było łatwo. Wyglądało na to, że w badaniach ze Stanford mogło być coś na rzeczy. Nic to. Pierwsze koty za płoty. Nie ma co się zniechęcać. Miałem jeszcze kilka miesięcy, więc szansa na złamanie „trójki” wciąż była w zasięgu ręki – przede mną był maraton jesienny. Niestety pech chciał, że złamałem rękę. Wykluczyło mnie to na długi czas z przygotowań do ostatniej próby. Bieganie ze złamaną ręką jest możliwe – sprawdziłem, ale na dłuższą metę nie polecam. Prawdę mówiąc podkopało to moje morale na jakiś czas, ale jak to w bieganiu bywa, albo się coś goni, albo się przed czymś ucieka. Zdecydowanie byłem w odwrocie. To ja uciekałem, a gonił mnie czas, a wraz z nim amerykańscy naukowcy. Powiedziałem sam do siebie „Potrzymaj mi piwo!”, i ostatnie cztery miesiące w pełni poświęciłem na jak najlepsze przygotowanie do maratonu nad Jeziorem Bodeńskim. Szanse, by w czasie krótszym osiągnąć więcej niż podczas pierwszej próby, były znikome, ale nie zerowe. Zatem dum spiro spero.
Bieganie, rower, medytacja, trening siłowy, rolowanie, rozciąganie, dieta, sen, regeneracja, teoria plus nie tyle ograniczenie, ile rezygnacja z mediów społecznościowych. Każdy z tych elementów miał swoje należne miejsce w planie treningowym. Najwięcej trudności, a będąc przy tym jedną z najważniejszych składowych układanki, sprawiał mi wartościowy sen. Przygotowanie w sezonie letnim ma to do siebie, że no cóż, odbywa się w sezonie letnim, a co za tym idzie, obciążenie organizmu podczas treningu jest tym wyższe, im wyższa jest temperatura zewnętrzna. Wydatne przegrzanie ciała utrudnia sen, co odbija się na całokształcie regeneracji. Jednakże trening w wysokiej temperaturze ma jedną znaczącą zaletę. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można się spodziewać, że warunki podczas jesiennego startu nie powinny być tak piekielnie uciążliwe, jak podczas większości letnich treningów.
Tak też było w istocie. Start w niemieckim Lindau na pograniczu z Austrią, odbywał się w idealnych do tego warunkach. W miarę płaska trasa 3 Länder Marathon biegnąca wzdłuż Jeziora Bodeńskiego sprawiała, że powietrze w dniu zawodów było zarówno chłodne, jak i wilgotne. Nic tylko biec.
No to biegnę. A raczej wystartowałem. Ale momencik, gdzieś mi się pacemaker zawieruszył. No tak, podpaliłem się, co jest zmorą większości biegaczy. Zwolniłem tempo, poczekałem na „zająca”, i przez kolejne 38 km nie spuszczałem go już z kroku. Jego celem było dotarcie do mety w czasie poniżej 3 godzin. Tak się akurat składało, że moim również. Moim i najwidoczniej sporej grupy innych biegaczy. Na początku było nas grubo ponad 20 osób w grupie „trójkołamaczy”. Z czasem naturalnie zaczęliśmy się wykruszać. Przy połowie dystansu nas również została już tylko połowa. Zazwyczaj jest to też dystans, po którym powoli zaczynam odczuwać przebyte kilometry. Coś jednak było nie tak. Biegło mi się wyjątkowo dobrze, może aż nazbyt dobrze. Było to co najmniej podejrzane. Robiłem wszystko według z góry założonego planu – „wciągałem” żel co 7 km, zwalniałem i piłem na każdym punkcie odżywczym, trzymałem w miarę stabilne tempo, na podbiegach zwiększałem kadencję, skupiałem się na technice oraz stabilizacji pulsu i oddechu oraz na wielu innych pomniejszych elementach. Przy 30 km zostało nas już tylko kilka osób. Pacemaker biegł fenomenalnie i wywiązywał się ze swojej pracy bezbłędnie.
Wystartowaliśmy w Niemczech, po czym przebiegliśmy przez Austrię i na kilka kilometrów wbiegliśmy do Szwajcarii. Na granicach kontroli tym razem nie było, więc udało się zaoszczędzić kilka minut. Meta, do której wciąż pozostawało nam kilka dobrych kilometrów, była w Bregenz w Austrii. Był to już około 35 km, a przy „zającu” zostałem tylko ja i młody chłopak. Horror maratończyków, czyli tzw. „ściana”, zatrzymała resztę grupy. Naszej trójce udało się ją szczęśliwie ominąć. Wkrótce dotarliśmy też do miejsca, w którym maraton łączył się na ostatnich kilometrach z półmaratonem, w którym też biegła moja żona Alexandra. Asfalt zamienił się w leśny dukt pełen biegaczy, których tempo znacznie odbiegało od tempa maratończyków na ostrym finiszu. Przepustowość odcinka drastycznie zmalała. Wiedziałem, że w takich warunkach nie uda mi się już tak łatwo utrzymać wspólnego tempa z pacemakerem oraz drugim z biegaczy. Salwowałem się zatem ucieczką do przodu. Rozpoczął się slalom pełen krzyków i próśb, by uczestnicy półmaratonu udostępnili choć kawałek lewego pasa ruchu. W większości przypadków się to udawało, czasem się od kogoś odbiłem i najczęściej byli to głęboko zatopieni w rytm płynących ze słuchawek dźwięków melomani. Moje dziewicze startówki, które wzmocnione karbonem obłędnie sprawdzały się na prostych asfaltowych odcinkach, tutaj straciły swoją stabilność, a zarazem przewagę. Bieg zaczął przypominać trail. Jeden fałszywy krok i byłoby po zawodach. Krzyk pacemakera proszącego o miejsce dochodził zza moich pleców coraz wątlej, natomiast głos spikera ze stadionu, na którym zlokalizowana była linia mety, coraz głośniej.
By złamać „trójkę”, należy dystans 42 kilometrów i 195 metrów przebiec ze średnim czasem 4 minut i 15 sekund na 1 kilometr. Do 38 km trzymałem się tego założenia znakomicie, ani się nie podpaliłem, ani nie marudziłem. Po prostu systematycznie robiłem to, co do mnie należy. Przyspieszenie na ostatnich 4 km w tempie poniżej 4:00 na 1 km było ryzykownym zagraniem, którego nie miałem w planie. Z maratonem jest trochę jak z szachami, zbyt lekkomyślne poświęcenie pionka w pierwszej fazie gry, może mieć kolosalne, bezwzględne znaczenie w fazie końcowej. Kilka z tych pionków udało mi się zachować na koniec i był to moment, kiedy zgodnie z doktryną „use or loose” mogłem je albo wykorzystać, albo stracić. Nie tylko nie zwolniłem, ale zacząłem się rozpędzać niczym mały fiat z górki. Wszystko co zrobiłem w ciągu ostatnich miesięcy odpłacało z nawiązką, szło lepiej niż w pierwotnym planie. Ponownie poczułem pełnię radości z mocy, jaką ciało może wykręcić na tym niebagatelnym dystansie. Czas 2:57:161.
44 lata być może jest wiekiem, w którym skokowo się starzejemy. Jednak nie dla mnie. Nie tym razem. Może w przyszłym roku. Może w kolejnym. Mimo, że czas ucieka, to starość może poczekać. Dbajcie o siebie, dobrze śpijcie i cieszcie się życiem. No i od czasu do czasu przebiegnijcie maraton albo przynajmniej „połówkę”.
Karol Flejmer
Karol Flejmer – miłośnik przyrody, biegania i wędrowania, a także pszczół i piwa, członek Dzikie Życie Run Team, z wykształcenia historyk, z zawodu logistyk, na stałe mieszka poza Polską, obecnie w płd.-zach. Niemczech.
Przypis:
1. Szczegółowy zapis trasy biegu Karola: connect.garmin.com/app/activity/20669029187
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Marzec 2026