DZIKIE ŻYCIE

Życie to coś więcej niż ideologia

Ryszard Kulik

Bogactwo życia sprzyja życiu. Ta prawda dotyczy nie tylko rzeczywistości przyrodniczej, ale również ludzkiej. Otwarcie się na różnorodność w społecznym wymiarze niesie ze sobą zapowiedź lepszego świata. I jednocześnie wiąże się z kosztami, jakie musimy ponieść oraz ze sprzecznościami, na jakie się wystawiamy. To dlatego świat nigdy nie będzie miejscem idealnym, a zaledwie wystarczająco dobrym.

Z uwagą przeczytałem polemikę z moim felietonem „Intersekcjonalność” autorstwa • Piotra Trzaskowskiego i • Krystyny Lewińskiej. Dziękuję za te głosy, są one bowiem okazją do pogłębienia refleksji nad dylematami, z jakimi zmagamy się w ruchu ekologicznym, a szerzej w społecznym dyskursie na temat kategorii kulturowych takich jak płeć, orientacja seksualna, narodowość czy rola patriarchatu i kapitalizmu w destrukcji środowiska.

To nie była wycieczka

Zacznę jednak od osobistego wątku. Piotr Trzaskowski pisze o rzeczonym felietonie, przy okazji deprecjonując mój pobyt w obozie blokującym wycinkę lasu w Bieszczadach: „zamiast tekstu o intersekcjonalności we współczesnym aktywizmie dostaliśmy kilka wrażeń ze średnio udanej wycieczki”.

To nie była wycieczka. I nie wybrałem się tam jako publicysta. Pojechałem do Wilczyc broniących wydzielenia 219a, by dołączyć do blokady wycinki lasu. Był mróz i trudne warunki. Na miejscu pomagałem instalować platformy na drzewach, transportowałem sprzęt dużymi saniami, zaprzęgając się do nich jak koń, gotowałem jedzenie, stałem na warcie w nocy, chroniąc ludzi i obóz przed agresją naszych przeciwników. Doprawdy nie miało to nic wspólnego z wycieczką.

Felieton, w którym dzielę się refleksjami po pobycie w lesie, jest osobistą wypowiedzią, bo tak właśnie wygląda formuła felietonu. To nie miał być naukowy wywód na temat intersekcjonalności – nie taki jest cel felietonu.

Moje doświadczenia w obozie związane z trudnościami w komunikacji z Wilczycami Trzaskowski z ironią komentuje, pisząc: „publicyście z tym trudno, biedny publicysta”. Czemu mają służyć te złośliwości? W swojej polemice Trzaskowski staje w obronie wykluczonych, podkreślając, że język „może ranić”. A także: „niektórzy celowo zadają ból”. Nie widzi jednak, że swoimi złośliwymi komentarzami i ocenami deprecjonuje moje przeżycia i refleksje, a także to, że gotowy byłem bronić lasu własnym ciałem.

Jakże inaczej w tym kontekście brzmi komentarz Krystyny Lewińskiej, która wskazuje: „Pisanie o własnym dyskomforcie wymaga odwagi i jest cenną informacją. W dążeniu do prawdziwej równości i akceptacji, również nad takimi głosami należy pochylić się z empatią”. Tak, mamy z szacunkiem odnosić się do osób, które prezentują odmienne od naszych poglądy czy dzielą się swoimi przeżyciami. To elementarne zasady, o których aż niezręcznie jest pisać.

Mój głos po pobycie u Wilczyc jest sygnałem, że w dążeniu do lepszego świata, pozbawionego wykluczenia, napotykamy na sprzeczności oraz koszty – na przykład takie, że zawsze ktoś może się poczuć wykluczony lub zwyczajnie źle.

Spotkanie przed ideologią

Jak wtedy, gdy przyznawanie się do własnej narodowości jest niewskazane, bo rzekomo może prowokować uprzedzenia. Wprawdzie Trzaskowski tłumaczy to obawą przed represjami ze strony państwa, ale to wyjaśnienie jest dla mnie mało przekonujące. Czy powiedzenie „jestem Niemką” przy okazji przywitania grozi identyfikacją tożsamości? Nawet gdybym był wtyczką jakichś służb, to co miałbym zrobić z taką informacją? Tym bardziej, że i tak później słyszałem tę osobę mówiącą po niemiecku, więc ostatecznie domyśliłem się kraju jej pochodzenia. Nie wspominając już o tym, że na miejscu robiłem zdjęcia i jakoś nikt się tego nie obawiał.

Pod wieloma postulatami Wilczyc i intersekcjonalności się podpisuję. Jestem rzecznikiem biocentryzmu, równości w relacjach międzyludzkich, praw mniejszości seksualnych. Nie przepadam za faszyzmem i kapitalizmem. Przede wszystkim zaś bliska jest mi filozofia głębokiej ekologii. I jednocześnie życie nauczyło mnie, że nadmierne przywiązanie do tych ideologicznych treści może prowadzić do wykluczenia osób inaczej myślących. Gdybym był bardzo pryncypialny, prawdopodobnie obraziłbym się na większość ludzi i kisił we własnym sosie z nielicznymi podobnymi do mnie. Z drugiej strony nie chcę rezygnować z tego, co dla mnie ważne. Gdzie w tym znaleźć punkt równowagi?

Gdy staję przed człowiekiem i podaję mu rękę, to patrzę w jego oczy i widzę istotę taką jak ja. Przyznaję się do swoich wartości, ale dbam, by nie przysłoniły mi one tego spotkania. To nie jest łatwe, bo często wymaga wzięcia w nawias własnego ideologicznego zaplecza.

Przyroda przed ideologią

Podobnie sprawa ma się z przyrodą. Jej zachowanie, odtwarzanie i ochrona leżą na sercu wielu z nas. I jednocześnie wiążą się z wieloma innymi wartościami. Trzaskowski pisze, że „»dodatkowy« zestaw przekonań jest niezbędnym warunkiem, by opowiedzieć o co nam tak naprawdę chodzi. Na jego podstawie potrafimy wyjść poza ochronę danego kawałka przyrody i opowiedzieć o głębokich przyczynach zniszczenia środowiska naturalnego, a potem wyobrazić sobie i opowiedzieć lepszy świat, o który walczymy”. Pełna zgoda. Sam robię to od niemal trzydziestu lat. Tego wymaga myślenie głębokoekologiczne.

I jednocześnie trzeba, moim zdaniem, zachować odpowiednie proporcje. Jeśli staję w obronie lasu to przede wszystkim koncentruję się na nim, a nie na innych wartościach, choćby najbardziej szlachetnych. Gdy szliśmy parę lat temu podczas strajku klimatycznego w Katowicach z kilkoma tysiącami osób, wśród których znajdowały się m.in. feministki, anarchiści i chrześcijańska młodzież z Ruchu Ekologicznego Świętego Franciszka z Asyżu (REFA), byliśmy połączeni jedną ideą. Gdyby strajk zawłaszczyła np. REFA, głosząc, że ochrona dzieci nienarodzonych jest wyrazem troski o Wszystkie Istoty, to wspólne działanie dla przyrody czy klimatu mogłoby zostać osłabione. Mogę przypuszczać, że REFA przyłączy się do strajku klimatycznego z jego celami związanymi z klimatem. Ale strajk klimatyczny niekoniecznie przyłączy się do REFA, gdy ta na swoich sztandarach będzie miała antyaborcyjne hasła.

Lewińska w swojej polemice pisze: „nie chcę być częścią zielonego ruchu, w którym lepiej zwinąć tęczową flagę, żeby przypadkiem kogoś nie zniechęcić. Dość. Tylko niepodzielone możemy walczyć z kapitalizmem, który niszczy Ziemię”. Nie chodzi o to, by zwijać tęczową flagę. Niech ona powiewa śmiało jako ważny głos w kwestii wykluczenia mniejszości seksualnych. Ale jeśli tęczowa flaga może osłabić działania dla lasu, to warto ją przesunąć na drugi plan. Niekoniecznie zwijać, tylko przesunąć. Ale rozumiem, że konkurują tutaj dwie wartości. Owo „niepodzielone” wskazuje, że łatwiej tę jedność poczuć pod rozwieszonym sztandarem, ale wtedy to silne „niepodzielone” oddziela od innych, którzy mają odmienne przekonania. To są dylematy i sprzeczności, które napotykamy w ruchu aktywistycznym. Zawsze zapłacimy tutaj jakąś cenę. Aby ją minimalizować, warto w moim przekonaniu szukać drogi środka. Polega ona na wzięciu w nawias swojego, by otworzyć się na pełniejsze spotkanie z innym.

Chodzi więc o to, by przekraczać własne ideologiczne przekonania i szukać punktów wspólnych, w tym, co nas łączy. Las, drzewa, zwierzęta, dzika przyroda i klimat są właśnie takimi pozaideologicznymi obszarami, gdzie możemy spotkać się razem w różnorodności. Jeśli będziemy za bardzo przywiązani do kwestii światopoglądowych, to osłabiamy swoją misję. Tu chodzi o proporcje oczywiście, bo nie da się ideologii wyrugować z przestrzeni aktywistycznej.

Świat wystarczająco dobry – już teraz

Krystyna Lewińska pisze: „Potrzebujemy zmiany świadomości, która musi zacząć się od krytycznego spojrzenia na własne środowisko aktywistyczne (…). Walcząc z »czyńcie sobie ziemię poddaną« musimy zauważać i unikać własnej skłonności do kontrolowania innych, oraz myślenia w kategoriach, że to my wiemy lepiej czego potrzebują inne gatunki. Podobnych mechanizmów unikajmy w relacjach międzyludzkich”.

Tak, to ważna deklaracja, bo zanim zaczniemy wymagać czegoś od innych, to najpierw sami musimy urzeczywistniać wartości, o których mówimy. Ale sprawa komplikuje się dodatkowo w związku z tym, że różni ludzie w różny sposób wyobrażają sobie lepszy świat. Czy wiemy, co będzie dobre dla innych? A jeśli oni wyraźnie mówią, że nie chcą takiego świata, jaki mamy dla nich w prezencie? Co mamy z nimi zrobić? Wyślemy ich w kosmos? Powiemy: „wypierdalać” i w ten sposób rozwiążemy problem, zaklinając rzeczywistość?

Moi nauczyciele powtarzali, że po drugiej stronie barykady stoi człowiek, który się boi. Podobnie jak ja. Najlepiej więc odłożyć broń, wyjść z pułapki „wojny o pokój” i jak prawdziwy wojownik światła odwołać się do mądrości i współczucia jako narzędzi przemiany rzeczywistości. Wszyscy jesteśmy powiązani i zależymy od siebie. Patrząc na ciebie, widzę siebie, jakkolwiek byśmy się różnili. Stojąc przed tobą, mogę poczuć ból, gniew, rozpacz i lęk, które dają mi energię do działania. I pozwalają robić to, czego nie mogę nie zrobić. Ale mądrość, szepcząc mi do ucha, że „nie wiem”, pozwala zakorzenić i skanalizować tę energię oraz sprawia, że nie zamienię jej w ślepą agresję.

A emocje, jakie czuję, jakiekolwiek by one nie były, są okazją do spotkania się z innym. Szczególnie z tym, który nie podziela moich przekonań. Jeśli zdołam tę różnicę pomieścić w swoim sercu i umyśle, to dokonuję największej rewolucji, jakiej można oczekiwać. Pomieścić, to przyjąć ciebie mimo różnic nas dzielących, czując jednocześnie własne emocje. A to oznacza, że świat nie do końca będzie taki, jak ja chcę, ale może będzie wystarczająco dobry dla nas wszystkich.

Ryszard Kulik